Tłumacząc dosłownie car boot to samochodowy bagażnik. Minioną niedzielę spędziłam więc w bagażniku. A tak poważnie w Polsce nazywa się to giełdą, lub jarmarkiem, z tym, że angielski odpowiednik giełdy to w 95% rzeczy używane, sprzedawane za na prawdę śmieszne pieniądze. Szczerze? Uwielbiam car booty!
Muszę przyznać, że w 2013 roku odwiedzałam angielskie giełdy bardzo namiętnie. Głównym powodem było kompletowanie wyprawki dla Pierworodnego i znaczna jej część pochodziła właśnie z drugiej ręki. Były to perełki wyłowione z dziesiątek innych, nieco bardziej zniszczonych rzeczy. Często zdarzało mi się też znaleźć ciuszki takich marek jak H&M, Next czy inne. W tym roku również chętnie odwiedzam miejscowość Taplow, gdzie cała "impreza" ma miejsce.
Wszystko odbywa się w każdą niedzielę od kwietnia do września na ogromnym polu, podzielonym na dwie części. Jedna z nich służy za parking dla przyjezdnych klientów, druga zaś jest przeznaczona dla sprzedających, którzy swój dobytek przywożą właśnie w samochodach i parkują jeden za drugim, by przed autami wystawić swoje towary. Jak na porządny car boot przystało, można tu znaleźć absolutnie wszystko i zarazem nic. Ludzie potrafią się wysprzedawać z klamotów, które zalegają im w domach, czy garażach, lub z całkowicie dziwnych rzeczy, których nie potrafię sklasyfikować. W minioną niedzielę widziałam na sprzedaż z takich bardziej ekstremalnych "produktów" ogromną (styropianową?) rękę, zestaw japońskich parasolek i zjedzony przez mole skórzany płaszcz...
Najpopularniejszymi towarami są jednak te okołodzieciowe - ubranka, zabawki, foteliki samochodowe, wózki i wszelkiej maści akcesoria jak wanienki, czasem łóżeczka, czy przewijaki. Oczywiście nie należy się spodziewać, że cały car boot składa się głównie z tych towarów, jednak można mieć pewność, że ktoś z akcesoriami dziecięcymi lub ubrankami zawsze się pojawi. Nie brak też stoisk z książkami, obrazami, meblami, czy nawet importowanymi, tańszymi zamiennikami kosmetykami co bardziej znanych firm. Zdecydowanie jest w czym wybierać i na co popatrzeć.
Takie skupisko ludzi jest też bardzo dobrą okazją do zarobku dla wszelkich budek z jedzeniem i kawą, pojawiają się nawet dmuchane zamki dla dzieciaków, czy mini karuzele oraz stoiska z popcornem i watą cukrową. Nie raz też rozchodzi się wokół muzyka, gdy ktoś usiłuje sprzedać jakiś sprzęt grający, przy nieustającym akompaniamencie targujących się wokół ludzi.
Jeśli ktoś nie ma zupełnie pomysłu na spędzenie niedzielnego poranka, car boot jest dość nietypową, ale przyjemną alternatywą. Tym bardziej, że angielskie giełdy są niesamowicie popularne i wędrując szerokimi alejkami jest spora szansa na spotkanie kogoś znajomego.
Natomiast
dla fanów poznawania obcego kraju "od środka", a nie przez pryzmat
najpopularniejszych atrakcji turystycznych, jest to świetna okazja na
obejrzenie kawałka normalnego, angielskiego świata, podpatrzenia, jak
toczy się zwykłe życie i jak zachowują się mieszkańcy Deszczowej Krainy.
Tylko pamiętajcie.. nawet w Deszczowej Krainie słońce może Was nieźle przysmażyć, jeśli nie użyjecie kremu z filtrem w bardzo słoneczny dzień ;)