Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deszczowa Kraina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deszczowa Kraina. Pokaż wszystkie posty

09 listopada 2014

Jak żyć? #1 O realiach życia w UK.



Legenda głosi, że jeszcze 10 lat temu Wielka Brytania była krainą mlekiem i miodem płynącą. A już szczególnie dla Polaków, gdy funt stał po 6zł. Sama niestety nie mogę tego zweryfikować, jednak w moim odczuciu do owej legendy teraźniejszym czasom sporo brakuje. Owszem, zgodzę się z tym, że jest znacznie łatwiej, niż w Polsce, w końcu dlatego tutaj przyjechaliśmy - po lepsze perspektywy. Nic jednak samo nie przychodzi i nawet my musimy się natrudzić, by realizować nasze plany.
W tym wpisie chciałabym więc nakreślić Wam pokrótce jak życie w Anglii wygląda. Będzie to jednocześnie wstęp do całej serii wpisów jak żyć w Anglii, jak radzić sobie w różnych sytuacjach, gdzie szukać pomocy, czy informacji, a także (na prośbę jednej z Czytelniczek) jak oszczędzać, by wiodło nam się jeszcze lepiej na obcej ziemi.

01 listopada 2014

Wszystkich Świętych, czy Halloween - co lepsze?




Nie obchodzimy Halloween, nie przebieramy się, nie straszymy. Obserwujemy z uśmiechem te wszystkie przebrane dzieciaki biegające z torbami słodyczy i rodziców wyglądających zza przyozdobionych w kościotrupy i pajęczyny okien. Nie idziemy też na cmentarz, bo nie ma po co, nie ma dla kogo. Nie tu, w Anglii. 
Ale może za rok, kto wie? Może za rok będzie okazja, by o tym czasie być w Polsce i zapalić znicz na grobach bliskich, a może będzie okazja do wspólnej radości podczas mozolnego rzeźbienia w dyni. Któż to może wiedzieć?

13 sierpnia 2014

Brzegiem Tamizy.



"W życiu chodzi o coś więcej niż zwiększanie jego tempa" 
Ghandi

I to samo mogę powiedzieć o podróżach. Dlatego nie lubię wycieczek organizowanych przez kogokolwiek innego, niż ja, czy mój przyszły Ślubny. Lubię być sobie sama sterem i okrętem, by mieć czas na to, by chłonąć, nie oglądać. Wiecie jaka pora jest najlepsza, na podziwianie i chłonięcie świata wokół? Zmierzch, kiedy większość turystów (albo i wszyscy) wracają do hotelów, a na ulice wylegają miejscowi, by po prostu cieszyć się życiem, spędzać czas w swoim, powolnym tempie, by delektować się wieczornym piwem i bryzą znad rzeki.

03 czerwca 2014

Angielski car boot.



Tłumacząc dosłownie car boot to samochodowy bagażnik. Minioną niedzielę spędziłam więc w bagażniku. A tak poważnie w Polsce nazywa się to giełdą, lub jarmarkiem, z tym, że angielski odpowiednik giełdy to w 95% rzeczy używane, sprzedawane za na prawdę śmieszne pieniądze. Szczerze? Uwielbiam car booty!

Muszę przyznać, że w 2013 roku odwiedzałam angielskie giełdy bardzo namiętnie. Głównym powodem było kompletowanie wyprawki dla Pierworodnego i znaczna jej część pochodziła właśnie z drugiej ręki. Były to perełki wyłowione z dziesiątek innych, nieco bardziej zniszczonych rzeczy. Często zdarzało mi się też znaleźć ciuszki takich marek jak H&M, Next czy inne. W tym roku również chętnie odwiedzam miejscowość Taplow, gdzie cała "impreza" ma miejsce.

Wszystko odbywa się w każdą niedzielę od kwietnia do września na ogromnym polu, podzielonym na dwie części. Jedna z nich służy za parking dla przyjezdnych klientów, druga zaś jest przeznaczona dla sprzedających, którzy swój dobytek przywożą właśnie w samochodach i parkują jeden za drugim, by przed autami wystawić swoje towary.  Jak na porządny car boot przystało, można tu znaleźć absolutnie wszystko i zarazem nic. Ludzie potrafią się wysprzedawać z klamotów, które zalegają im w domach, czy garażach, lub z całkowicie dziwnych rzeczy, których nie potrafię sklasyfikować. W minioną niedzielę widziałam na sprzedaż z takich bardziej ekstremalnych "produktów" ogromną (styropianową?) rękę, zestaw japońskich parasolek i zjedzony przez mole skórzany płaszcz...

Najpopularniejszymi towarami są jednak te okołodzieciowe - ubranka, zabawki, foteliki samochodowe, wózki i wszelkiej maści akcesoria jak wanienki, czasem łóżeczka, czy przewijaki. Oczywiście nie należy się spodziewać, że cały car boot składa się głównie z tych towarów, jednak można mieć pewność, że ktoś z akcesoriami dziecięcymi lub ubrankami zawsze się pojawi. Nie brak też stoisk z książkami, obrazami, meblami, czy nawet importowanymi, tańszymi zamiennikami kosmetykami co bardziej znanych firm. Zdecydowanie jest w czym wybierać i na co popatrzeć. 
Takie skupisko ludzi jest też bardzo dobrą okazją do zarobku dla wszelkich budek z jedzeniem i kawą, pojawiają się nawet dmuchane zamki dla dzieciaków, czy mini karuzele oraz stoiska z popcornem i watą cukrową. Nie raz też rozchodzi się wokół muzyka, gdy ktoś usiłuje sprzedać jakiś sprzęt grający, przy nieustającym akompaniamencie targujących się wokół ludzi. 


 


 



Jeśli ktoś nie ma zupełnie pomysłu na spędzenie niedzielnego poranka, car boot jest dość nietypową, ale przyjemną alternatywą. Tym bardziej, że angielskie giełdy są niesamowicie popularne i wędrując szerokimi alejkami jest spora szansa na spotkanie kogoś znajomego. 
Natomiast dla fanów poznawania obcego kraju "od środka", a nie przez pryzmat najpopularniejszych atrakcji turystycznych, jest to świetna okazja na obejrzenie kawałka normalnego, angielskiego świata, podpatrzenia, jak toczy się zwykłe życie i jak zachowują się mieszkańcy Deszczowej Krainy.


Tylko pamiętajcie.. nawet w Deszczowej Krainie słońce może Was nieźle przysmażyć, jeśli nie użyjecie kremu z filtrem w bardzo słoneczny dzień ;)

15 kwietnia 2014

Kwintesencja angielskiej wiosny.



O ile angielskie anomalie pogodowe są nieco dezorientujące, o tyle wiosna w Anglii zachwyca mnie, jak mało co tutaj. Uwielbiam ją i śmiem twierdzić, że jest piękniejsza, niż w Polsce. Miniony weekend tylko umocnił moje zdanie i utwierdził mnie w tym, jak bardzo za tą porą roku tu tęskniłam.

W niedzielne południe udaliśmy się do jednego z piękniejszych, jak nie najpiękniejszego miejsca w naszej okolicy. Udaliśmy się tam w konkretnym celu - na sesję zdjęciową. Jej efektami się oczywiście pochwalę, jednak najpierw muszę wparować w folder z wykonanymi zdjęciami i potraktować je obróbką.

A w tym wpisie chciałam Wam pokazać namiastkę angielskiej wiosny, która tak mnie chwyta za serce :) Zdjęcia przyrodnicze są częściowo pstrykane przeze mnie, a częściowo przez mojego T.  Enyoy!

 


13 marca 2014

London again.



Wycieczki z Pierworodnym to dla nas nie pierwszyzna. Bo on wydaje się być stworzony do podróżowania, zwiedzania i doznawania nowości wzrokiem, słuchem, a nawet dotykiem. Celem wycieczki znów został Londyn. I może wyda się to monotematyczne, ale o tym mieście mogłabym pisać i pisać. Więc piszę - dziś zabieram Was na kolejną wycieczkę po stolicy deszczowej krainy. 

Na początek muszę wspomnieć, że każde muzeum w tym mieście (prócz prywatnych, komercyjnych), jest darmowe. I nie oznacza to, że skoro darmowe, to nic interesującego tam nie ma. Wręcz przeciwnie. Bo oprócz bogatych zbiorów, Londyn dysponuje ponad 60 muzeami i stałymi galeriami. Zatem jest w czym wybierać. Dziś więc przejdziemy się po Science Museum (muzeum nauki), które oferuje nam 6 pięter różnego rodzaju ekspozycji. Każde piętro ma swój unikalny klimat i jest ukierunkowane na inny temat, mając oczywiście wspólny mianownik z innymi - naukę.
A teraz zostawiam Was z "foto relacją". Z góry przepraszam za kiepska jakość zdjęć, ale niestety byliśmy zdanie na cykanie zdjęć telefonami na dodatek czasem w ciemnych pomieszczeniach, więc.. sami rozumiecie. Mimo wszystko miłego oglądania.



 

Nie muszę chyba dodawać, że Pierworodny był wszystkim bardzo zainteresowany? I w ogóle się nie męczył oglądaniem, wręcz przeciwnie, chłonął obrazy jak gąbka. Choć przyznać muszę, że w Hamleysie, największym zabawkowym sklepie w Londynie, nie wiedział, gdzie ma oczy podziać.




 A to poniższe zdjęcie jest moim ulubionym. Nie potrafię wyjaśnić dlaczego, ale tak byłam oczarowana tym zdobieniem podwieszonym pod sufitem, że nie omieszkałam zamieścić go na moim Instagramie. Czy nie przypomina nieco zorzy polarnej?


 I wiecie, tak na prawdę, to mogłabym w Londynie mieszkać. Jego ogrom ani mnie nie przeraża, ani nie przytłacza. Uwielbiam to miasto za jego specyfikę, tętniące życiem ulice i wszelkiej maści bary, kawiarnie i żarłodajnie spotykane na każdym kroku. Może i Pierworodny również podziela tą sympatię?


17 lutego 2014

Szał w wielkim mieście.



Podróżowaliśmy już pieszo, samochodem i autobusem. W końcu przyszedł czas na pociąg, a nawet metro. Pierwsze razy są zazwyczaj dość trudne, nigdy nie wiadomo czego się spodziewać, czy nie wystąpią jakieś komplikacje, czy utrudnienia, które wycieczkę mogłyby zepsuć. Bo przecież z maluchem nie wszystko musi iść tak, jak sobie człowiek zaplanuje. Jednak i tym razem poszło nam jak z płatka, bowiem wycieczka do Londynu przebiegła całkowicie bezproblemowo. Zero marudzenia, zero płaczu, za to wiele zainteresowania i radości.





Oczywiście, nie mogliśmy pozwolić sobie na całodzienną wycieczkę, bo moim zdaniem należy dziecko przyzwyczajać stopniowo do coraz dłuższego przebywania poza domem. Obraliśmy więc za cel Piccadilly Circus, a w pobliżu niego największy sklep z zabawkami w Londynie - Hamleys. O tym, że jest największy świadczy chociażby to, że posiada aż 7 pieter, a każde z nich ma swoją specyfikę. 


Między piętrami można się poruszać schodami ruchomymi, zwykłymi i windą. Niestety ta ostatnia możliwość była dla nas (i innych wózkowych użytkowników) bardzo utrudniona, bo windą jeździli sobie piesi i żeby się dostać do środka trzeba było swoje odczekać...


Każde piętro od podłogi do sufitu wypełnione jest zabawkami. My od razu powędrowaliśmy na piętro z klockami lego. Znajdowała się tam ułożona z klocków angielska budka telefoniczna, oraz Kate i William w ślubnych kreacjach. Normalnie mini Legoland! ;)


Jak to w sklepie przeznaczonym dla najmniejszych odbiorców, nie mogło też zabraknąć stoisk i kawiarenki ze słodyczami. Słodkie babeczki tak szybko znikały, że nie udało mi się sfotografować ani jednej pełnej pułki ze słodkościami...


Otoczona słodkim szaleństwem nie mogłam przejść obok obojętnie. Skusiłam się więc na zakup dużych lizaków serc i biało-czerwonej, słodkiej laseczki.


Najwięcej czasu spędziłam jednak na dziale zabawek drewnianych. Ostatnio na blogu Mo zachwycałam się drewnianymi aparatami fotograficznymi i kiedy wpadłam w tamten dział nie mogłam się przez baaardzo długo zdecydować którą zabawkę kupić Pierworodnemu. Najbardziej ujęły mnie kręgle stylizowane na brytyjską gwardię królewską. Ostatecznie nie kupiłam nic z drewnianych zabawek, bo Pierworodny jeszcze jest na nie za mały, a po co mają zagracać nasze juz i tak ciasne mieszkanie... Z pewnością jednak jeszcze nie raz wybierzemy się w tamto miejsce i okazja do zakupu czegoś (powiedzmy) wyjątkowego się nadarzy.

 


Mistrz Min został jednak obdarowany czym innym - szeleszczącą książeczką, w której zakochał się od pierwszego dotknięcia. Poniżej mała próbka tego, jak bardzo z prezentu się cieszy ;)



Na nasze nieszczęście odwiedzaliśmy to miejsce w niedzielę i tłok był niesamowity, przez co nie miałam zbyt wielkiego pola do popisu w robieniu zdjęć, dlatego też specjalnie dla Was znalazłam film prezentujący ten magiczny sklep. Gdybyście kiedyś byli w Londynie, gorąco polecam to miejsce - gwarantuję Wam, że po przekroczeniu jego progu znów poczujecie się dziećmi!

Na koniec małe ogłoszenie parafialne: będzie mi miło, jeśli polubicie nasz Facebook'owy profil i będziecie śledzić nas na Instagramie. Enjoy!

14 lutego 2014

Zielona zima.


Nie przesadzę, jeśli napiszę, że śnieg w Anglii jest raczej anomalią pogodową (a przynajmniej na południu). Na porządku dziennym jest za to deszcz i wiatr, a ostatnio małe huragany. W jesienno-zimową aurę na niebie przeważa szarość, choć czasem zdarzają się dni, gdy niebo robi się błękitne.

16 stycznia 2014

Angielskie babcie.



Stoję w kolejce w supermarkecie. Za mną stoi starsze małżeństwo, starsza pani ciekawie, ale dyskretnie zagląda mi do wózka. I już wiem, co się będzie działo. Innym razem karmię Pierworodnego w centrum handlowym, na jednej z ławeczek. Obok siedzą dwie starsze panie, plotkując. Jedna z nich wstaje i ulatnia się, a ta druga powoli odwraca się w moją stronę... Kolejny dzień, tym razem winda. W małym klaustrofobicznym pomieszczonku zostaję sam na sam z Pierworodnym w wózku i angielską babcią... i też wiem, co się będzie działo. Bo zawsze jest tak samo.

27 listopada 2013

Poród, a po szpitalu - dom.



O porodzie już było, o wspaniałościach macierzyństwa też. Tym razem jednak chciałabym Wam opisać jak wygląda w UK opieka nad kobietą i dzieckiem po powrocie do domu. Bo nikt oczywiście kobiety samej sobie, na pastwę losu nie zostawia. Nie jest to taka sama "opieka" jak w Polsce, moim zdaniem, mając na uwadze moją Zosio-samosiową naturę pod tym względem jest tutaj lepiej.

24 października 2013

Małozłota jesień.


Nie tęsknię. Gdybym powiedziała, że za Polską tęsknię prawdopodobnie bym skłamała. Albo tylko tak mi się wydaje? Z całą pewnością jednak jestem w stanie powiedzieć, że są rzeczy, których mi brakuje. Polskiej jesieni na przykład. Złotej, wyrazistej, jesiennej.

27 września 2013

Polacy kontra reszta wyspy.


Polacy na emigracji, jacy są naprawdę? Powszechnie panuje opinia, że jeden drugiemu wsadziłby nóż w plecy, okradł z ostatnich pieniędzy, z zazdrości podłożyłby świnię przy każdej okazji. Wyrobiłam już sobie opinię ta temat ludzi tutaj i stwierdzam bez mrugnięcia okiem: większość Polaczków to zwykłe cwaniaczki, kombinatorzy, margines, lub rozbitkowie życiowi, którym w Polsce nic się nie udało. Na całe szczęście można znaleźć kilka perełek, które ratują "honor" narodu...

13 września 2013

Co kraj, to architektura!


Moja dzisiejsza wycieczka w dwupaku z aparatem w ręce mogła być ostatnią. Ból kręgosłupa + stóp + zadyszka sprawiły, że zaczęłam się obawiać, czy dojdę z powrotem do domu. A przecież nie jestem znów aż tak wielka, żeby nie móc się przemieszczać, prawda? W każdym razie kilka fotek cyknęłam, bo taką straszną ochotę miałam, by ten prawdopodobnie ostatni raz ubrać się przyzwoicie, wyjść na ulicę i powyglądać ładnie w ciąży :)

22 sierpnia 2013

O prowadzeniu ciąży w Anglii


Liczę się z tym, że w każdej chwili może nadejść "godzina zero", postanowiłam więc odhaczyć na mojej liście tematów ten, który opiszę dziś: ciąża w UK.
Prowadzenie ciąży w deszczowej krainie bardzo różni się od tego, jak to się robi w naszym kraju. Oczywiście nie mam jakiegoś szczególnego porównania, bo moje pierwsze dziecię rodzić będzie się właśnie na wyspie, niemniej co nieco obiło mi się wcześniej o uszy jak to się robi w Polsce.


17 sierpnia 2013

O Anglii z innej perspektywy.

Nie mogę powiedzieć, że cierpię na chroniczną, ciążową bezsenność, ale czasem zdarza się, że bywają bezsenne noce z natłokiem myśli, które zasnąć mi nie pozwalają.
Ostatnią noc spędziłam na rozmyślaniu nad Anglią. Jestem pewna, że kojarzy się Wam ona przede wszystkim z Big Benem, Królową, czerwonymi autobusami i lewostronnym ruchem ulicznym Ja jednak chciałam podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami i ogólnym zadziwieniem nad rzeczami, do których co prawda już przywykłam, ale które ogółem są dla nas w Polsce mówiąc delikatnie.. osobliwe ;)