Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom i rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom i rodzina. Pokaż wszystkie posty

28 listopada 2014

Przygotowania do ślubu cz. 1



W zasadzie zostało pół roku. Pół. To chyba mało, co? Nie wiem.
W sumie przecież pierwszy raz wychodzę za mąż. Pewnie nie mam pojęcia o wielu sprawach. Ale jakoś to wszystko buja się do przodu, a ostatni tydzień był bardzo owocny. Aż mi się łezka w oku zakręciła podczas jednej rozmowy telefonicznej.
No dobra, nie będę ściemniać, zrobiłam się znów nadwrażliwa, a już szczególnie, gdy przesłuchując różne piosenki  robię w głowie listę potencjalnych propozycji na pierwszy taniec...

30 października 2014

Matka bardzo nieidealna.



Wszędzie zabawki. Wszędzie. Nawet w pralce, albo szufladzie z kuchennymi szpargałami. Przez chatę nie ma jak przejść, w łazienkowym koszu brudy już kipią, a na dodatek dziecku coś ciągle nie pasuje. Może zęby, może trzydniówka, może brak Twojej uwagi. A Ty jesteś tak cholernie zmęczona po pracy, i pracą w domu, która nigdy się nie kończy. Chciałoby się pospać dłużej, odpocząć więcej, ale.. dziecko samo sobie posiłku nie przygotuje, pranie samo się nie rozwiesi, sprawy maści wszelakiej same się nie załatwią. Hm, znasz to skądś?

24 września 2014

Gdzieś z boku.



Czasem chciałabym wyłączyć się na emocje. Stanąć gdzieś z boku, robić swoje, albo i nie robić, byle by tylko nie poddawać się złości, gdy coś idzie nie po mojej myśli, gdy wali się i sypie. Czasem człowiek ma ochotę uciec od samego siebie, a już szczególnie wtedy, gdy poddając się negatywnym emocjom nie jestem w stanie wykrzesać z siebie takiego entuzjazmu na jaki zasługuje moje dziecko.

16 września 2014

Rok razem.



Dokładnie rok temu, razem przeżyliśmy coś niesamowitego. Wtedy nie potrafiłam płakać ze wzruszenia, byłam chyba zbyt zmęczona, a jednocześnie zbyt oszołomiona szczęściem. Pierworodny też nie płakał, oboje za to leżeliśmy przytuleni do siebie, skóra, przy skórze i odpoczywaliśmy. Płakał duży On, a ja przez miniony rok, wielokrotnie nadrobiłam już brak łez wzruszenia tamtego 16 września...

10 września 2014

Jak organizują ślub pary nie mieszkające i mieszkające ze sobą?



Planowanie ślubu jeszcze nie spędza mi snu z powiek, ani nie jest koszmarną jawą. Głowę jednak zaprzątają mi inne przemyślenia na temat ślubu... Bo, gdy tak się głębiej nad tym tematem zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że planowanie i organizowanie ślubu przez parę, która ze sobą nie mieszka, jest niezłym sprawdzianem. Nie tylko dowiadujemy się o tym, czy osoba z którą się wiążemy ma zmysł organizacyjny, ale czy np. potrafi negocjować, iść na kompromis, czy w ogóle będzie się angażować w organizację jednego z najważniejszych dni w życiu pary. Mając możliwość obserwowania drugiej osoby przy organizacji tak ważnego w życiu wydarzenia, możemy więc nieco zweryfikować to, co dotychczas udało się nam zobaczyć i poznać...

02 września 2014

Samotne wschody słońca.



Kiedy pierwszego wieczoru zamknęłam za sobą drzwi i zeszłam kilka stopni w dół, dopadła mnie pierwsza chwila zawahania. Zatrzymałam się i o mało nie rozpłakałam siadając w ciemnościach. Zacisnęłam jednak zęby: przecież on nie wie, że wychodzę, nie zauważy nawet tego, że mnie nie było. A ja wrócę do domu, jak gdyby nigdy nic, jeszcze zanim zdąży się obudzić...

19 sierpnia 2014

Planowanie i organizacja ślubu. Prolog.



Jeszcze nie tak dano temu (a może dawno???), zostałam właścicielką pierścionka zaręczynowego, przy okazji zadeklarowania wstępnego TAK. Skoro więc tak się stało, przyszedł czas na myślenie o tym, by dopełnić już obowiązku do końca i zmienić stan cywilny. Choć muszę przyznać, że o ile nie jest mi szkoda porzucenia własnego nazwiska, to za angielskim tytułem "miss" będę trochę tęsknić...
Ale spokojnie! Jeszcze przyjdzie mi się nim trochę nacieszyć - do maja przyszłego roku.

24 maja 2014

Stawić czoło bałaganowi.


Ten, kto jest jest leniem, albo ma dziecko wie, jak wygląda w domu prawdziwy armagedon. Szczególnie, gdy jakieś prace odkłada się na "wieczne potem", albo na konkretny dzień tygodnia, a akurat wtedy dzieje się coś, co uniemożliwia nam porządki. Wszystko się wtedy nawarstwia i w którymś momencie toniemy w takim bałaganie, że nie wiadomo od czego zacząć...
Sama też miałam problem ze sprzątaniem. Nie to, żebym tego nie robiła, jednak zazwyczaj nie organizowałam tego w efektywny sposób i marnowałam czas na porządki tam, gdzie to było najmniej potrzebne. Od kiedy jednak odfajkowałam pierwszy etap projektu "Mamo bądź kobieca", zaczęłam starać się sprzątać tak, by był dobry efekt najmniejszym nakładem pracy. Podzielę się z Wami więc moimi sposobami na utrzymanie porządku, które być może i w Waszych domach znajdą zastosowanie:

Ustalenie priorytetów.
Są takie prace domowe, których wykonanie jest niezbędne, żeby sprawnie funkcjonować w naszym domowym królestwie. Warto poświęcić chwilę, by zastanowić się, które obowiązki domowe musimy wykonać i to od nich należy zacząć, a dopiero potem skupić się na nadprogramowych zadaniach lub mniej potrzebnych zajęciach.

Planowanie minimalistyczne.
Uwielbiam planować i muszę to robić dla spokoju ducha. Jednak w kwestii sprzątania nie mam na myśli rozpiski na cały tydzień, co sprzątać w określony dzień. Bardziej skłaniam się tu do planowania z maksymalnym wyprzedzeniem do jednego dnia i maksymalną liczbą zadań nadprogramowych wynoszącą też tylko 1. Dlaczego tylko? Przy dziecku łatwiej skupić się i wykonać jedno zadanie, niż niedokładnie np. 5, śpiesząc się, żeby wyrobić zaplanowaną normę. Poza tym łatwiej się za coś zabrać, jeśli: a) nie ma całej listy zadań, b) nie ma widma wielkich porządków rozplanowanych na cały tydzień. Najlepszą porą do zaplanowania zadania na następny dzień jest też wieczór, gdy możemy określić, czy dnia następnego będzie nam się chciało z czymś większym zmagać.

Kto rano wstaje ten ma posprzątane.
Jestem śpiochem i lubię wylegiwać się w łóżku. Jednak do niczego dobrego to nie prowadzi, gdyż jest to zajęcie totalnie bezproduktywne. Postanowiłam więc zbuntować się swojej leniwej naturze i wstawać wcześniej. Poranek ma to do siebie, że dziecko zazwyczaj jest wtedy wyspane i w dobrym humorze, a co za tym idzie mniej problemowe. Tak samo i my mamy więcej energii i chęci do pracy, więc ogarnięcie rzeczy koniecznych zazwyczaj idzie nam bardzo sprawnie. U mnie wstawanie wcześniej sprawdza się, tym bardziej, że potem, gdy Pierworodny idzie na drzemkę mam czas tylko dla siebie.

Sprzątanie "przy okazji". 
Często jest tak, że mamy mnóstwo rzezy nieodłożonych na swoje miejsce. Wyciągamy coś, a potem leży to sobie tam, gdzie niedbale rzuciliśmy. W pewnym monecie nasz dom składa się małych wysypisk rzeczy wszelakich, a proporcjonalnie do ich wielkości rośnie też niechęć do ich uprzątnięcia. Osobiście odpuściłam więc wielkie akcje sprzątania tych skupisk bałaganu, kiedy osiągną krytyczne rozmiary. Sprzątają się same. A jak? Małymi kroczkami, po trochu, na raty, robiąc to mimochodem, przy okazji. Jeśli np. w sypialni zalega mi trochę porozrzucanych ciuchów nadających się do prania, zabieram je stamtąd, kiedy wiem, że zaraz będę szła do wc i wtedy wrzucam do brudów. Od momentu stosowania takiej zasady moje "wysypiska śmieci" są znacznie mniejsze, a czasem w ogóle nikną, bez wkładania w ogarnięcie ich dużego nakładu pracy.

Nie dotykaj dwa razy.
Bardzo żałuję, że nie pamiętam, z którego bloga ściągnęłam tą zasadę, bo pewnie bym się tym z Wami podzieliła, niemniej zasada jest złota i bardzo prosta - nie przenośmy bałaganu z miejsca na miejsce, jeśli nam przeszkadza. Albo posprzątajmy coś od razu, albo zostawmy tam, gdzie leży. Nic tak nie marnuje nam czasu, jak przemieszczający się bajzel.

Odpuszczanie prac syzyfowych.
Każda matka z pewnością potrafi wskazać co najmniej kilka takich prac, których wykonanie nie daje żadnego efektu, albo daje efekt bardzo krótkotrwały jak np. sprzątanie zabawek. Aby nie rwać sobie włosów z głowy, że "ja posprzątałam, a tu znowu coś tam", dobrze odpuścić zadania, których nie wykonanie głowy nam nie urwie. Zaoszczędzimy i włosy i nasz cenny czas.

Czas prania.
Z pewnością każda z nas doskonale wie, jak wygląda kipiący kosz na brudy. Najgorszą rzeczą jaką możemy zrobić jest doprowadzenie do stanu, gdy będziemy skazane na robienie całodniowego, wielkiego prania, bo nie zawsze jest też możliwość, by wszystko za jednym zamachem wysuszyć. Kiedy moje pranie nie mieści się w przeznaczonym na to pojemniku, robię szybką segregację i tego, czego jest najwięcej przenoszę już do pralki. Wystarczy 1-2 dni, by zapełnić bęben do pełna i odpalić pralkę w dogodnym dla nas momencie.

Porządek na koniec dnia.
Ta metoda, którą wypracowałam sprawdza się świetnie. Aby wstać następnego dnia z lżejszym sercem, wieczorem dobrze jest poświęcić kilka minut na ogarnięcie największego syfu w pokoju, w którym najwięcej przebywamy. Może to być np. to nieszczęsne posprzątanie zabawek, czy odłożenie co większych przedmiotów na miejsce.


Oczywiście, nie zawsze uda mi się stosować do wszystkich zasad, które sobie postawiłam, jednak realizowanie większości z nich jest wielkim ułatwieniem w utrzymywaniu ładu. Chętnie poczytam jakie są Wasze sposoby na porządki, jeśli takie macie. Być może będę mogła wypróbować również u siebie, więc nie krępujcie się - uchylcie rąbka tajemnicy w komentarzach. Zawsze warto dążyć do doskonałości, prawda?

05 maja 2014

Rozflaczenie.



Rozflaczenie, sflaczenie, rozmemłanie, czy jakkolwiek inaczej to nazwać - dopada czasem każdego. Dopadło i mnie.
Niby wychodzę do ludzi, a oni przychodzą do mnie. Życie towarzyskie ma się całkiem nieźle. I niby wszystko jest ok. Ale w te dni, gdy zostaję w domu, gdy nie mam nic zaplanowane, dopada mnie rozmemłanie. Totalnie i po całości.

No bo ile można sprzątać? Ile dni nieprzerwanie w każdej chwili można mieć dobry humor dla dziecka? Ile można odmawiać sobie przyjemności? 
Zluzowałam trochę portki. Bo ile i ile, i ile? Nic nierobienie też jest potrzebne. Ale takie totalne z naciskiem na "nierobienie". I masło maślane też jest potrzebne. Bo, czy tak zupełnie serio, poważnie i na prawdę zawsze wszystko musi być na ostatni guzik? I czy w mowie werbalnej też musi być cacy? Zawsze? Serio? Nie...

Potrzeba nieco kompletnego nieróbstwa, żeby tak totalnie, się wylenić. Żeby popotykać się czasem o góry rzeczy nieposprzątanych, dziecko marudzące, co od nogi odkleić się nie chce, o niepozmywane gary, do tego stopnia, że dzień któryś obiadu nie ma, albo jest gotowiec. Cóż, dawniej pewnie w łeb bym sobie strzeliła z tego powodu. Ale ostatnio? 

Zdecydowanie zluzowałam. Ile luzu jeszcze będzie, tego nie wiem. Na razie misję Chujowej Pani Domu zaliczam, ewakuując się z domu nędzy i rozpaczy tak często, jak to tylko możliwe. Zbieram siły. Motywuję się na wielkie bum, dzięki któremu znów wskoczę na właściwy, mój własny, unikalny tor. To już blisko, delektuję się tymczasem swoim nierobieniem. Odskocznią, dzięki której, na miesięcy kilkanaście znów naładuję akumulatory i będzie tak, jak lubię najbardziej. Wszystko na swoim miejscu i w domu i w głowie, z chęciami, by robić cokolwiek.

20 lutego 2014

Więcej parapetów poproszę!





Tak, zdecydowanie ubolewam nad tym, że nie posiadam więcej okien. Miała bym wtedy miejsce na to, żeby przywlec sobie do domu więcej kwiatków. Ściślej mówiąc, storczyków. Od kilku miesięcy przeżywam absolutne uwielbienie dla nich, a gdy one mi tak ochoczo kwitną, to już w ogóle rosnę, że oto JA, totalna noga w hodowli czegokolwiek zielonego, daję radę!

Kiedy byłam mała zawsze podziwiałam rękę do kwiatów mojej mamy. Potrafiła ożywić najbardziej zmarniałe kwiaty, dbała i pielęgnowała tak długo, aż w końcu roślina jej się odwdzięczała. Była tak wytrwała, że za każdym razem ta wytrwałość dawała owoce.
Tą rękę do kwiatów chyba odziedziczyła po babci, bo babcia w swoim wielkim domu na wsi, miała absolutnie każdy parapet zapełniony zielonymi stworami. A ja, po każdych wakacjach u babci zwoziłam do domu albo odnóżki, które z mamą razem wsadzałyśmy, albo już wsadzone przez babcię  kwiatki w małych doniczkach. Radość była wielka, a skleroza jeszcze większa. Po kilku tygodniach mama przejmowała opiekę nad przywiezionym kwiatkiem, lub ratowała to, co jeszcze z niego zostało.
Pamiętam jeszcze, że raz podjęłam się hodowlo drzewka bonzai. Szło mi całkiem nieźle, dopóki nie wyjechałam na jakiś czas, nie uświadomiwszy mamy jak się nim zajmować. Drzewko usmażyło się w promieniach czerwcowego słońca. No bo nie wszystkie "kwiatki" lubią sahara style...
I tym oto sposobem wyrobiłam sobie o sobie samej przez lata opinię, że absolutnie nie nadaję się na to, żeby posiadać jakiekolwiek kwiaty.

I bum! Wprowadziliśmy się z T. do "własnych" czterech kątów. Na kilka dni przed przeprowadzką T. kupił 3 kaktusy z wyprzedaży w Lidlu (tak, tak, w Anglii też jest Lidl ;)), a potem robiliśmy parapetówkę, zostałam więc przy tej okazji obdarowana pierwszym storczykiem. Trochę obawiałam się go, bo o ile kaktusów nie byłoby mi szkoda (nie jednego już w swym życiu zabiłam), to storczyka byłoby mi żal! Kilka tygodnie później zostałam obdarowana drugim storczykiem, również białym. A kilka miesięcy później dostałam od T. jeszcze jednego, w moim ulubionym kolorze - fiolecie. Coś mi mówi, że chyba najpierw musiał się przekonać, że zanim kupi mi kwiatka, wszystkie poprzednie będą nadal cieszyć się życiem...

I teraz, kiedy wiem, że nie jestem wcale taka zła w zajmowaniu się kwiatami, marzy mi się więcej...  

A jak u Was w tym temacie? Lubicie, hodujecie? Może macie wyższy level florystyczny niż ja? ;) 


I gdyby ktoś pytał, to znaleźć mnie można na Facebooku i Instagramie! :)

04 grudnia 2013

Ty masz czas prasować?!



Wpadł mi na monitor pewien felieton, o typie matek wózkowych. Wózkowych, czyli jakich? Prof. Zbigniew Mikołejko wyjaśnia "Dzieci to dla nich zwykle alibi. Pretekst, by nic nie robić. Aby nie pracować i nie rozwijać się." Skubany ma rację. Znam co najmniej kilka takich, które do tego typu doskonale pasują. I paradoksalnie nie wszystkie są "drugiej młodości".

25 listopada 2013

Dąrząc do poukładania.


Już od momentu porodu wiedziałam, że kiedy wrócimy do domu, będę chciała żyć tak, jak przedtem. Prawie. Tzn. na wszystko mieć czas i ochotę, nie rezygnować ze spotkań towarzyskich, mieć taki porządek w domu, jaki lubię, a przy okazji, albo i przede wszystkim - szczęśliwe dziecko. I chyba się udaje...

27 października 2013

Bycie matką, to bycie lepszą kurą domową?



Zanim rozwinę się z odpowiedzią na pytanie w tytule posta, bardzo jestem ciekawa, jaka byłaby Wasza na nie odpowiedź. Mam wrażenie, że większość z Was odpowiedziałaby, że absolutnie nie zgodziłaby się z tym zdaniem, gdyby było twierdzące. No bo przecież wraz z pojawieniem się bobasa pojawia się masa nowych obowiązków, człowiek walczy z brakiem snu, stertą prania i prasowania, a gdzie tu znaleźć jeszcze czas dla siebie, partnera, jakiekolwiek życie towarzyskie?